Ana səhifə

Kim jest Budda? Budda był człowiekiem, ale człowiekiem oświeconym, czyli – według tradycji buddyjskiej – najwyższą istotą we wszechświecie. Stąd fakty z biografi Siddharthy Gotamy, mimo iż poruszające, nie dają pełnej odpowiedzi na pytanie


Yüklə 40.77 Kb.
tarix09.05.2016
ölçüsü40.77 Kb.
Kim jest Budda?
Budda był człowiekiem, ale człowiekiem oświeconym, czyli – według tradycji buddyjskiej – najwyższą istotą we wszechświecie. Stąd fakty z biografi Siddharthy Gotamy, mimo iż poruszające, nie dają pełnej odpowiedzi na pytanie: kim był Budda? Dopiero podejmując samemu praktykę duchową, idąc po Schronienie do Buddy, możemy znaleźć prawdziwą odwpoeidź; nie w naukowych tekstach czy biografiach, lecz w nas samych.

Nauka, czy tradycja, którą teraz na Zachodzie nazywamy buddyzmem, zrodziła się z doświadczenia Buddy pod drzewem Bodhi 2500 lat temu. Dlatego buddyzm zaczyna się od Buddy. I od razu nasuwa się pytanie: kim był Budda? Dobrze jest zastanowić się nad tym pytaniem, nawet jeśli ktoś uważa się za buddystę z długim stażem.

Przede wszystkim wyjaśnijmy od razu, że słowo „budda” nie jest nazwą własną, lecz tytułem. Oznacza ono tego, który wie, tego, który rozumie. Znaczy też „przebudzony” – ten, kto niejako przebudził się ze snu życia, ponieważ widzi Prawdę, widzi Rzeczywistość. Tytuł ten po raz pierwszy nadano człowiekowi o imieniu Siddhartha, którego klan, czy ród, nosił nazwisko Gautama. Żył on w VI w. p.n.e. w okolicy leżącej częściowo w południowym Nepalu, a częściowo w północnych Indiach. Na szczęście sporo wiemy o wczesnych latach jego życia. Wiemy, że pochodził z zamożnej, arystokratycznej rodziny. Tradycja przedstawia czasem jego ojca jako króla klanu czy plemienia Śakja. Jednak był nie tyle królem, co wybranym przewodniczącym zgromadzenia klanu, pełniącym tę funkcję przez dwanaście lat i tytułowanym radżą. I to w tym okresie urodził się jego syn, Siddhartha Gautama, późniejszy Budda1.

Siddhartha, jak na ówczesne standardy, otrzymał bardzo dobre wykształcenie. Oczywiście nie chodził do szkoły i nie wiadomo, czy potrafił czytać i pisać, ale na pewno był doskonale wyszkolony we wszelkiego rodzaju sztukach walki i ćwiczeniach fizycznych. Choć od tego czasu przybrały one bardziej buddyjską formę, niektóre z nich nadal cieszą się popularnością na Dalekim Wschodzie i możemy sobie wyobrazić, że przyszły Budda spędzał czas na aktywnościach fizycznych, a nie ślęcząc nad książkami. Mądrzy, starzy ludzie z klanu ustnie przekazali mu także różne dawne tradycje, genealogie, wierzenia i przesądy. W sumie wiódł bardzo wygodne życie bez szczególnych obowiązków. Jego ojciec, rodzic bardzo kochający, a nawet opiekuńczy, ożenił go, gdy był bardzo młody – zgodnie z niektórymi źródłami, gdy miał zaledwie szesnaście lat. (W Indiach wówczas, jak i zwykle dziś, małżeństwo aranżowali rodzice, ponieważ nie było ono tylko sprawą prywatną, ale dotyczyło całej rodziny). Poślubił kuzynkę i po pewnym czasie urodził się mu syn.


Cztery widoki

Można pomyśleć, że wiódł szczęśliwe życie, ale przekazy mówią jasno, że mimo dostatniego życia Siddhartha Gautama czuł się głęboko niezadowolony. H. G. Wells, opisując ten okres życia Buddy, słusznie mówi: „Było to niezadowolenie wspaniałego umysłu, który szuka dla siebie zajęcia”2. Legendy przekazywane w pismach buddyjskich mówią o swoistym kryzysie duchowym, punkcie zwrotnym, kiedy młody arystokrata ujrzał to, co zwane jest czterema widokami3. Uczeni nie są zgodni, czy dosłownie wyszedł pewnego dnia i natknął się na te cztery sytuacje na ulicach Kapilawastu, czy też była to zewnętrzna projekcja psychologicznych i duchowych doświadczeń. Wygląda na to, że chodzi tu o psychologiczne i duchowe doświadczenia, którym późniejsza tradycja nadała frapującą formę narracyjną słynnej legendy o czterech widokach. Te cztery widoki krystalizują w bardzo sugestywnej formie pewne podstawowe nauki buddyzmu i rzucają światło na wczesny rozwój duchowy Buddy.

Legenda głosi, że pewnego pięknego, słonecznego poranka Siddhartha miał ochotę odbyć przejażdżkę na swoim rydwanie. Wezwał zatem woźnicę, smagnął batem konie i wyruszył. Wjechali do miasta i nagle oczom Siddharthy ukazał się pierwszy widok: zobaczył starego człowieka. Według legendy nigdy wcześniej nie widział starego człowieka. Jeśli potraktowalibyśmy tę relację dosłownie, znaczyłoby to to, że pozostawał zamknięty w swoim pałacu i nie zwracał większej uwagi na innych ludzi, nie zdawał sobie sprawy z istnienia takiego zjawiska jak starość. Ale można to rozumieć inaczej. Czasem widzimy coś, zdawałoby się, po raz pierwszy. Może wdzieliśmy to już sto, a nawet tysiąc razy, ale któregoś dnia widzimy to tak, jak nigdy przedtem. Prawdopodobnie takie doświadczenie przydarzyło się Siddharcie i wywołało w nim szok. Rzekł do woźnicy: „A któż to jest?”. „To stary człowiek” – odparł woźnica. „Dlaczego jest taki słabowity i pochylony?”. „Cóż, po prostu jest stary”. Siddhartha zapytał: „Ale jak do tego doszło?”. „Wszyscy się starzeją, wcześniej czy później. To naturalne. Tak już jest”. „Czy ze mną też tak będzie?”. Woźnica oczywiście musiał odpowiedzieć: „Tak, choć teraz jesteś młody, z tobą też tak będzie. Pewnego dnia ty też będziesz stary”. Słowa woźnicy uderzyły przyszłego Buddę jak grom i wykrzyknął: „Cóż za pożytek z tej młodości, z tej witalności i siły, jeśli wszystko tak się kończy!”. I z ciężkim sercem wrócił do swego pięknego pałacu.

Drugi widok był obrazem choroby. Siddhartha zareagował tak, jakby nigdy przedtem nie widział chorego i zrozumiał, że wszyscy ludzie zapadają na różnego rodzaju choroby. Musiał uznać, że chociaż był silny i zdrowy, to w każdej chwili mógł zostać powalony przez chorobę.

Trzeci widok to procesja z ciałem niesionym na noszach na pole kremacyjne. W Indiach to jest codzienny widok. Na Zachodzie, kiedy ktoś umiera, przemyca się go w pudle. Nie widać ani kawałka ciała. Usuwają je jak śmieci, na które nikt nawet nie chce spojrzeć – po prostu wkładają do spalarni albo do dziury w ziemi. Ale w Indiach dzieje się inaczej. Kiedy ktoś umiera, wystawia się publicznie jego ciało w najlepszym pokoju w domu, a wszyscy przyjaciele i krewni przychodzą i swobodnie je oglądają. Później czterech silnych mężczyzn bierze zwłoki z odsłoniętą twarzą na ramiona i niesie przez ulice. Podążają za nimi tłumy ludzi, towarzysząc ciału na miejsce kremacji.

Taką procesję ujrzał Siddhartha i spytał woźnicę: „Co to jest?”. Woźnica powiedział: „To ciało zmarłego”. „Zmarłego? Co mu się stało?” – dopytywał Siddhartha. „Cóż, jak widzisz, jest sztywny, nie rusza się. Nie oddycha, nie widzi, nie słyszy. Jest martwy”. Siddhartha, z trudem łapiąc oddech, rzekł: „Czy śmierć zdarza się wszystkim?”. Woźnica głęboko westchnął i powiedział: „Niestety, tak”. Wtedy Siddhartha zrozumiał, że jego też pewnego dnia spotka śmierć. To odkrycie poraziło go jak grom z jasnego nieba. Pojął, jak się rzeczy mają. Nie chcemy się starzeć, ale nic na to nie możemy poradzić. Nie chcemy zachorować, ale na to też nie mamy wpływu. A więc zadajemy sobie pytanie: jak się tu znalazłem? Pragnę żyć, chcę dalej żyć, ale muszę umrzeć. Dlaczego? Jakie jest znaczenie tego wszystkiego? Po co ta zagadka, ta tajemnica? Dlaczego zostałem tak stworzony? Czy to Bóg jest odpowiedzialny? Czy los albo przeznaczenie? Czy też tak się po prostu dzieje? Czy jest w ogóle jakieś wyjaśnienie?

W ten sposób Siddhartha zetknął się z tymi egzystencjalnymi sytuacjami i zaczął się nad nimi głęboko zastanawiać. Wówczas ujrzał czwarty widok. Zobaczył kogoś, kogo w Indiach zwą sadhu, czyli świętym człowiekiem; szedł on ulicą ze swoją miską żebraczą. Wydawał się tak spokojny i cichy, że przyszły Budda pomyślał: „Może on wie. Może to jest droga. Może powinienem zrobić podobnie: zerwać wszystkie więzy, wszystkie związki ze światem i wyruszyć jako bezdomny wędrowiec w żółtej szacie tak, jak zrobił ten człowiek. Może w ten sposób znajdę odpowiedź na dręczące mnie problemy?”.
Odejście

Piękna, niemal romantyczna opowieść mówi, jak pewnej nocy, gdy wszędzie panowała cisza, a na niebie księżyc świecił w pełni, Siddhartha pożegnał się ze swoją śpiącą żoną i dzieckiem. Opuszczał ich niechętnie, ale musiał odejść. Przebył tej nocy wiele mil, aż dotarł do rzeki stanowiącej granicę własności Śakjów. Tam zostawił konia, książęce szaty, obciął długie włosy i brodę, i stał się bezdomnym wędrowcem poszukującym Prawdy.

To odejście ma ogromne znaczenie psychologiczne. Nie chodzi tylko o zostanie mnichem, chodzi o znacznie więcej. Oznacza, w słowach Ericha Fromma, odcięcie się od klaustrofobicznego przywiązania do krwi, ziemi oraz krewnych, dające wolność jednostce do osiągnięcia wyzwolenia, do spełnienia własnego przeznaczenia duchowego.

Właśnie to zrobił Siddhartha. Zostawił wszystko za sobą. Zdecydował się odejść. Miał dość światowego życia i chciał odkryć Prawdę, samemu do niej dotrzeć. Poszukiwanie miało trwać sześć lat.

W tamtych czasach w Indiach żyło wielu ludzi, którzy uczyli (albo utrzymywali, że uczą) metod prowadzących do poznania Prawdy. Jedną z najbardziej popularnych było umartwianie się, samookaleczanie. Obecnie nie traktuje się takich praktyk poważnie. Z wyjątkiem może pustelników na pustyni egipskiej w II i III w. n.e., na Zachodzie umartwiania się nigdy nie uważano za metodę samorozwoju i z pewnością nie jest elementem naszego codziennego życia. W drodze do pracy nie mijamy człowieka leżącego na łożu z gwoździ. Jednak w Indiach takie praktyki należą do zwyczaju i nawet dziś wielu Hindusów mocno wierzy, że samoumartwianie stanowi drogą do nieba albo nawet do samopoznania i Oświecenia.

Tak działo się również w czasach Buddy. Istniał silny ruch uczący, że jeśli chce się poznać Prawdę, trzeba ujarzmić ból, a nawet go sobie zadawać. I właśnie to robił Siddhartha: przez sześć lat praktykował najcięższą ascezę. Ograniczył jedzenie i sen, nie mył się i chodził nago. Opowiedział o tym na starość i można tę relację znaleźć w pismach buddyjskich. Mówi ona, że sława jego umartwień rozprzestrzeniała się niczym dźwięk wielkiego dzwonu zawieszonego na sklepieniu nieba4. Nikt w Indiach nie przewyższył go w samookaleczaniu i umartwianiu się. Ale, jak powiedział Budda, nigdzie go to nie doprowadziło. Stał się sławny jako wielki asceta i miał wielu uczniów. Kiedy zrozumiał jednak, że to nie była droga do Prawdy, droga do Oświecenia, miał odwagę ją porzucić.

Zaczął znowu jeść i uczniowie odsunęli się od niego z odrazą. To też było znaczące. Porzucił już swoją rodzinę, przyjaciół, swoje plemię, a na koniec jeszcze uczniowie go opuścili. Został całkowicie sam, bez niczyjej pomocy. Wędrował z miejsca na miejsce i w końcu, jak wiemy z przekazu, dotarł do pięknego miejsca na brzegu wartko płynącej rzeki. Tam usiadł w cieniu wielkiego drzewa i postanowił, że nie wstanie z tego miejsca, dopóki nie będzie oświecony.

Zachował się piękny i dramatyczny wers, przypisany mu przez autora którejś z wczesnych kompilacji jego nauk: „Ciało może zwiędnąć, krew może wyschnąć, ale dopóki nie osiągnę Oświecenia, nie wstanę z tego miejsca”. Siedział więc dzień po dniu, noc po nocy. Siedział, panując na umysłem, oczyszczając go i koncentrując się, usuwając wewnętrzne przeszkody i zanieczyszczenia. W noc Wesaku, majowej pełni księżyca, kiedy wschodziła poranna gwiazda nad horyzontem, właśnie kiedy skupił na niej umysł. dostąpił pełnej Iluminacji, pełnego Oświecenia.

Oczywiście, bardzo trudno jest opisać ten stan. Możemy powiedzieć, że jest on pełnią Mądrości. Możemy powiedzieć, że jest pełnią współczucia. Możemy powiedzieć, że jest widzeniem Prawdy wprost. Ale to tylko słowa, które nie przekazują wiele. Powiedzmy więc po prostu, że w momencie, gdy wstało światło, Siddhartha Gautama stał się Buddą.

W pewnym sensie zakończył swoje poszukiwania. Stał się Buddą, „tym, który wie”. Rozwiązał zagadkę istnienia. Był oświecony, przebudzony. To był jednakże tylko początek jego misji. Postanowiwszy przekazać ludzkości Prawdę, którą odkrył, opuścił miejsce znane od tamtej pory jako Bodh Gaja i poszedł do odległego o około 150 kilometrów Sarnath, zebrał tam uczniów, którzy go porzucili, kiedy przestał się umartwiać i przekazał im swoje wielkie odkrycie. Według relacji wygłosił dla nich suttę (sanskryt – sutra) zwaną czasem na Zachodzie Pierwszym kazaniem5. (Nie lubię słowa „kazanie”. Dosłownie sutta oznacza nić; i rzeczywiście: jest spójnym wykładem, serią myśli i tematów jakby nawleczonych na nić).

Stopniowo wokół Buddy rosła duchowa społeczność. Nie pozostawał na stałe w jednym miejscu, ale wędrował po całych północno-wschodnich Indiach. Osiągnąwszy Oświecenie w wieku trzydziestu pięciu lat, żył długo, do osiemdziesiątki, a więc czterdzieści pięć lat pracował, żył aktywnie, rozpowszechniając swoją naukę. Zwykle przez dziewięć miesięcy w roku wędrował z miejsca na miejsce, głosząc nauki, a potem przez trzy miesiące chronił się przed ulewnymi deszczami monsunowymi. Kiedy przybywał do wsi w porze swojego jedynego w ciągu dnia posiłku, wyjmował miskę żebraczą i stawał w milczeniu przed drzwiami kolejnych domów. Zebrawszy potrzebną ilość pożywienia, odchodził do zagajnika drzew mangowych, które nawet obecnie rosną na obrzeżach każdej indyjskiej wioski i siadał pod drzewem. Gdy kończył posiłek, wieśniacy gromadzili się wokół, a on ich nauczał. Czasem przychodzili bramini, czasem bogaci właściciele ziemscy albo chłopi, kupcy, zamiatacze lub prostytutki. Budda uczył ich wszystkich. Czasami w wielkich miastach wygłaszał nauki dla królów i książąt. W ten sposób pozyskał wielu wyznawców i stał się w swoich czasach największym i najbardziej znanym duchowym nauczycielem w Indiach. Kiedy zmarł, kiedy osiągnął to, co nazywamy parinirwaną, tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy jego uczniów, zarówno mnichów, jak ludzi świeckich, mężczyzn i kobiet, opłakiwało jego odejście.

Tak, przynajmniej w ogólnym zarysie, brzmi tradycyjna biografia Siddharthy Gautamy, indyjskiego księcia, który stał się Buddą, oświeconym, przebudzonym, założycielem wielkiej tradycji duchowej nazwanej buddyzmem. Jednak czy daje nam ona odpowiedź na pytanie: kim był Budda? Z pewnością podaje fakty, ale czy taka biografia, choćby nie wiem jak dobrze udokumentowana, naprawdę mówi nam, kim był? Czy dzięki opisowi życia Siddharthy Gautamy naprawdę poznaliśmy Buddę? Co w istocie rozumiemy przez „poznanie Buddy”? Patrząc ze ogólnoludzkiego punktu widzenia, możemy znać czyjeś upodobania i uprzedzenia, jego opinie i przekonania, ale czy naprawdę znamy tę osobę? Czasem nawet nasi najbliżsi przyjaciele robią rzeczy, które uważamy za niezgodne z ich charakterem, z wyobrażeniami, jakie mamy na ich temat. To pokazuje, jak mało naprawdę znamy innych ludzi. Często nie potrafimy przeniknąć do najgłębszego źródła ich działania, ich podstawowych motywów. Zwykle im bliżej nas są ludzie, tym mniej tak naprawdę ich znamy. Istnieje takie stare powiedzenie: mądre jest dziecko, które zna własnego ojca. Wniosek z niego płynie taki, że zażyłość czy powierzchowna bliskość stają na przeszkodzie poznania kogoś, skutkiem czego to, kogo znamy i do czego się odnosimy, to nie druga osoba, ale nasze uprzedzenia, projekcje naszych własnych stanów umysłu, nasze subiektywne reakcje na tę osobę. Inaczej mówiąc, na przeszkodzie staje nam nasze własne ego. Aby naprawdę poznać drugiego człowieka, musimy zejść na dużo głębszy poziom komunikacji niż ten, na którym zwykle się porozumiewamy, a który w rzeczywistości nie jest prawdziwą komunikacją.

To samo odnosi się do kwestii poznania Buddy. Pytanie o to, kim był, w jego głębszym sensie stawiano od pierwszych dni buddyzmu. Samemu Buddzie wkrótce po jego Oświeceniu również zadano pytanie: kim jesteś?
Jestem buddą”

Wędrując główną drogą, Budda spotkał człowieka zwanego Doną6. Był to bramin biegły w odczytywaniu znaków na ciele. Widząc na odbiciu stóp znak koła z tysiącem szprych, szedł tym śladem, aż w końcu dotarł do Buddy, który siedział pod drzewem. Ponieważ Budda dopiero co osiągnął Oświecenie, całą jego postać otaczał blask. Wg pism wyglądało to tak, jakby światło promieniowało z jego twarzy – był szczęśliwy, spokojny, radosny. Na Donie jego wygląd zrobił wielkie wrażenie. Czuł, że nie był to zwykły człowiek, a może w ogóle nieczłowiek. Podchodząc bliżej, od razu przeszedł do sedna sprawy, jak to jest w zwyczaju w Indiach, kiedy chodzi o kwestie religijne. Zapytał: „Kim jesteś?”.

Hindusi wierzyli, że wszechświat podzielony jest na różne poziomy istnienia, że żyją nie tylko ludzie i zwierzęta, jak my sądzimy, ale również bogowie, duchy, jakszowie, gandharwowie i inne mitologiczne stworzenia zamieszkujące inne poziomy, a plan ludzki stanowi tylko jeden z wielu. Dona zatem zapytał: „Czy jesteś jakszą?” (jaksza to przerażający duch zamieszkujący lasy). Budda powiedział: „Nie”. Tylko „nie”. Zatem Dona spróbował znów: „Czy jesteś gandharwą?” (to rodzaj niebiańskiego muzyka; pięknie śpiewająca istota podobna do anioła). Budda znowu powiedział: „Nie”, zatem Dona spytał: „A więc jesteś może dewą?” (bogiem, istotą boską, kimś w rodzaju archanioła). „Nie”. Dona pomyślał: „To dziwne, w takim razie on musi być człowiekiem!”. Zapytał go też o to, ale Budda ponownie zaprzeczył. Wówczas Dona już zupełnie zbity z tropu zapytał: „Jeśli nie jesteś żadną z tych istot, to kim jesteś?”. Budda odpowiedział: „Zniszczyłem wszystkie uwarunkowania umysłu, z powodu których mógłbym zostać nazwany jakszą lub gandharwą, dewą lub człowiekiem. Dlatego jestem buddą”.

Uwarunkowania umysłu określane są słowem „samskara”. Są to te uwarunkowane postawy umysłu, akty woli (czy formacje karmy, jak się je czasem nazywa), które według buddyzmu i wierzeń indyjskich determinują naturę naszego odrodzenia. Budda był wolny od nich wszystkich, a więc nie istniała żadna przyczyna, żeby miał odrodzić się jako jaksza, gandharwa, bóg czy nawet jako człowiek; i nawet tam i wtedy nie był żadną z tych istot. Osiągnął stan nieuwarunkowanej świadomości, chociaż jego ciało mogło wydawać się ciałem człowieka. Dlatego nazywał siebie buddą, ucieleśniając, uosabiając niejako nieuwarunkowany umysł.

W umyśle ludzkim proces kojarzenia przebiega stopniowo, od znanego do nieznanego, i Dona tak właśnie rozumował. Widząc cudowną postać Buddy, próbował zastosować do niego jedyne określenia, jakimi dysponował: jaksza, gandharwa i tak dalej, ale żadne z nich nie pasowało. Dla nas jest to bardzo istotne, ponieważ próbując zrozumieć, kim był lub jest Budda, my też wciąż błędnie się odwołujemy do dwóch kategorii istot wymienionych przez Donę. Te kategorie to Bóg i człowiek, jedyne, którymi wciąż posługujemy się na Zachodzie. Jedna szkoła myślenia mówi: Budda był bardzo dobrym człowiekiem, nawet świętym, ale tylko człowiekiem i nikim więcej. Taki pogląd na temat Buddy przyjmują, na przykład, niektórzy chrześcijanie piszący o buddyzmie. To podstępne podejście. Chociaż mogą chwalić Buddę za jego cudowną miłość, cudowne współczucie, cudowną mądrość, to nie zapominają dodać, iż mimo wszystko był tylko człowiekiem, podczas gdy Jezus Chrystus był synem Boga. Druga szkoła twierdzi: Budda jest kimś w rodzaju Boga dla buddystów. Oczywiście był człowiekiem, ale po śmierci wyznawcy ubóstwili go, ponieważ chcieli kogoś czcić.

Oba te poglądy są błędne. Budda był człowiekiem, to fakt, istotą ludzką w tym sensie, że wyszedł z tego samego punktu, co wszyscy ludzie, ale nie był zwykłym człowiekiem, był człowiekiem oświeconym. Zgodnie z tradycją buddyjską taka istota, czyli budda, jest najwyższą istotą we wszechświecie, nawet wyższą niż tak zwani bogowie. W sztuce buddyjskiej bogów przedstawia się w pokornych postawach po obu stronach Buddy, jako oddających mu cześć i słuchających jego nauk.

Na Zachodzie powstało błędne przekonanie, że Budda jest bogiem, czy Bogiem, ponieważ ludzie widzą, że jest czczony: buddyści stawiają kwiaty na ołtarzu, zapalają świeczki, kłaniają się. A jeśli się kogoś czci, to myślimy, że dla oddających cześć to musi być Bóg. Ale to błąd. Nie tylko buddyści, ale ogólnie ludzie na Wschodzie mają całkiem odmienne pojęcie czci. W Indiach słowo „pudża” używa się do oddawania czci Buddzie, okazywania szacunku własnym rodzicom, swoim starszym braciom i siostrom, nauczycielom, duchowym czy świeckim i każdej starszej czy poważanej osobie. Kiedy więc buddyści stawiają kwiaty przed wizerunkiem Buddy, wyrażają szacunek dla Buddy jako oświeconej istoty, ale nie czczą go jako Boga.

Powróćmy do naszego głównego tematu: poznania Buddy. Widzieliśmy, że „budda” znaczy „nieuwarunkowany umysł” albo „oświecony umysł”. Dlatego „znać buddę” znaczy „znać umysł w jego nieuwarunkowanym stanie”. Zatem, jeśli na tym etapie jesteśmy pytani, kim jest Budda, możemy odpowiedzieć jedynie: ty sam jesteś buddą – potencjalnie. Naprawdę możemy poznać Buddę tylko w procesie urzeczywistnienia własnego potencjalnego stanu buddy, we własnym duchowym życiu, w swojej medytacji. Tylko wtedy możemy powiedzieć na podstawie własnej wiedzy, kim jest Budda.

Nie da się jednak tego zrobić od razu. Przede wszystkim trzeba nawiązać żywy kontakt z buddyzmem. Wyjść poza opartą jedynie na faktach wiedzę o Buddzie Gautamie dotyczącą jego ziemskich losów. Sięgnąć do czegoś, co wprawdzie jest jeszcze dalekie od poznania nieuwarunkowanego umysłu, od prawdziwego poznania Buddy, ale co znajduje się niejako pomiędzy między tym dwoma stanami7, a co zwiemy pójściem po Schronienie do Buddy. Nie oznacza ono tylko recytowania Buddham saranam gaczczhami, chociaż nie wyklucza takiej recytacji. Oznacza przyjęcie stanu buddy, przyjęcie idei czy ideału Oświecenia, jako żywego ideału duchowego, jako naszego ostatecznego celu i próbę osiągnięcia go za wszelką cenę. Inaczej mówiąc, tylko idąc po Schronienie do Buddy w tradycyjnym sensie, możemy naprawdę dowiedzieć się, kim jest Budda. To jeden z powodów, dla których zawsze przywiązywałem tak wielkie znaczenie do Schronień, nie tylko w Buddzie, ale też w Dharmie i Sandze.

Podsumowując, tylko poprzez przyjęcie Schronienia w Buddzie, ze wszystkim, co się z tym wiąże, możemy znaleźć prawdziwą, płynącą z serca, z umysłu i z całego naszego duchowego życia odpowiedź na pytanie, kim jest Budda.




1 Istnieją liczne relacje o życiu Buddy. Bardzo przydatną, składającą się głównie z połączonych wyjątków z kanonu palijskiego jest The Life of the Buddha, tłum. i układ Bhikkhu Nanamoli, Buddhist Publication Society, Ceylon 1978. Poetycką relacją obejmującą okres aż do Oświecenia Buddy jest The Buddhacarita or Acts of the Buddha Aśwaghosy, publ. E. H. Johnston, Oriental Books Reprint Corporation, New Delhi 1972. Nowsze opracowanie: H. Saddhatissa, The Life of the Buddha, Mandala Books, Unwin Paperbacks, London 1976. [Por. też Vishvapani Blomfield, Gautama Buddha, Quercus Books, London 2011 – przyp. red.]

2 H. G. Wells, An Outline of History, Waverley Book Co. Ltd, London 1920, rozdz. XXVI.

3 Zob. Aśwaghośa, The Buddhacarita..., Canto iii; także The Mahavastu, tł. J. J. Jones, Luzac & Co. Ltd, London 1952, t. II, rozdz. 150.

4 Zob. The Middle Lenght..., Mahasihanada-sutta, t. I, nr 12, Pali Text Society, London 1976.

5 Some Sayings of the Buddha, tłum. F. L. Woodward, The Buddhist Society, London 1974, s. 7-9; Samyutta-Nikaya, w. 421-3, Pali Text Society, London 1930.

6 Anguttara-Nikaya II, 37-9, [w:] Buddhist Texts Through the Ages, wyd. E. Conze, I. B. Horner, Harper & Row, New York 1954, s. 104-5.

7 Tzn. między wiedzą o Buddzie opartą jedynie na faktach a urzeczywistnieniem stanu Buddy (przyp. red.).


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©anasahife.org 2016
rəhbərliyinə müraciət